Aleksandra Siwierska / narzeczeni  / Kim tak naprawdę jestem? Podsumowanie 2017 roku

Kim tak naprawdę jestem? Podsumowanie 2017 roku

Długo zastanawiałam się nad tym, co tak naprawdę Wam napisać. Rok 2017 stanowił dla mnie niesamowity krok do przodu w fotografii zarówno ślubnej, jak i sesjach rodzinnych. Na swojej drodze spotkałam mnóstwo wspaniałych osób, dzięki którym widziałam sens w tym co robię. Tysiące zjechanych kilometrów, dziesiątki tysięcy przebranych zdjęć i nieskończona radość. Ale od początku…

Wiosenne przebudzenie

Przez pierwsze miesiące roku nie miałam pewności, w którą stronę chcę tak naprawdę brnąć. Sporą część czasu zabrała mi obrona pracy inżynierskiej, którą odsypiałam wieki. W nagrodę postanowiłam, że zdecyduję doszkolić się pod kątem fotografii ślubnej. I właśnie taką iskierką, która jest dla mnie najważniejszym dniem tego roku, były warsztaty u Jacka Siwko. Wspaniali ludzie, niesamowita atmosfera i ogrom wiedzy, spowodowały, że wybudziłam się w końcu z tego zimowego snu. A Jackowi i Kasi to chyba będę dziękować do końca świata! 🙂

Wiedziałam, że muszę wykorzystać ten rok w 150%. Mój entuzjazm rósł z miesiąca na miesiąc. Sam fakt poznania osób z kręgu poznańskich ślubnych fotografów dał mi naprawdę dużo, bo wcześniej raczej nie zabiegałam o to. A jak to miło jest wyjść na kawę, poplotkować o zdjęciach i podszkolić jednocześnie warsztat- Monika i Marzena, niezmiernie Wam dziękuję!

Letni maraton

I tak nadszedł czerwiec. Początek 4 najintensywniejszych miesięcy w moim życiu. Śluby, sesje, a w tym mnóstwo przejechanych kilometrów. Każdy weekend spędzałam poza domem. Trójmiasto, Łódź, a nawet Oslo! Wszędzie mnie było pełno! Nie pamiętam kiedy byłam tak zajęta i jednocześnie tak szczęśliwa. Czułam, że to co robię przynosi efekty, które doceniają inni.

Szczególnym wyróżnieniem dla mnie było to, że totalnie obce mi osoby wpuściły mnie do swojego życia i pozwoliły ująć ich uczucia, najważniejszy dzień lub po prostu swoich bliskich.

Robiąc zdjęcia na ślubach czy też sesjach zawsze mam ten sam poziom stresu. Niesamowicie zależy mi na tym, aby moje spojrzenie na świat, czyjąś rodzinę, uczucia było w 100% takie, jakie wymarzą sobie moi klienci (..ehh niecierpię tego określenia, ale jak mus, to mus 🙂 ). Czy to co założyłam sobie w kwietniu po wielkim przebudzeniu się sprawdziło? Przeszło moje najśmielsze oczekiwania!

Chwila prawdy, czyli druga strona medalu

Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy. W moim przypadku może „szybko” to za duże słowo, bo jednak 4 miesiące intensywnego realizowania swojej pasji to naprawdę kawał czasu w porównaniu do poprzednich lat. Jednak wystarczająco, aby też troszeczkę namieszać w moim życiu. Słynę z tego, że uwielbiam zapełniać czas jakąkolwiek aktywnością. Marketing, fotografia, sport, gotowanie itd. Do tego wszystkiego dochodzi fakt, że zawsze stawiam sobie bardzo wysoko poprzeczkę. Często porównuję się do osób, które mają kilkunastoletni staż i zastanawiam się, czemu jeszcze nie osiągnęłam tego co oni… a przecież ja mam dopiero 23 lata!

Z miesiąca na miesiąc brałam na siebie coraz więcej. Praca na pełen etat, weekendowe wyjazdy na reportaże ślubne, kilka sesji w tygodniu, a w tym wszystkim jeszcze obróbka zdjęć. Zaniedbałam wszelkie kontakty z bliskimi… a tyle trąbię o ich pielęgnowaniu. Troszkę hipokryzja? Bez wątpienia. I nadszedł moment, kiedy mój organizm i moja psychika powiedziały: STOP. Dotarło do mnie co narobiłam i w jak duże bagno wpadłam.

Niechęć do aparatu sięgnęła maksimum. Schowałam go po prostu do szafy i nie chciałam oglądać. Nie miałam tak naprawdę ochoty na nic. Z uśmiechniętej dziewczyny, która zawsze wiedziała do czego dąży w życiu, która zdobywała każdy kolejny stopień, stałam się szarą kropką. Plamą, która czuła się źle ze sobą, z otoczeniem i uznała, że zniszczyła wszystko co miała. Oczywiście ukrywałam to tak dobrze, jak tylko się da (kameleon na najwyższym poziomie! 🙂 )  i nie pokazywałam tego na zewnątrz, bo jak? Słysząc wieczne przytyki, że u mnie to tylko „praca i praca” czułam się jeszcze gorzej, bo coraz bardziej widziałam, co tak naprawdę narobiłam.

W listopadzie uciekłam z kraju do Hiszpanii. Był to pierwszy krok ku naprawieniu siebie. Odpoczynek od wszystkich problemów, które tworzyły jeden wielki efekt domina. Właśnie wtedy pierwszy raz od 2 miesięcy wzięłam aparat do ręki… I nie po to, aby nabijać kolejne godziny pracy, ale w celu uwiecznienia chwil, które za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat będę wspominała z wielkim uśmiechem. Co więcej… poczułam niesamowitą chęć do reportaży z podróży. A kiedyś zapierałam się rękoma i nogami, że się do tego nie nadaję 🙂

Wielki przełom

I nadszedł ten grudniowy dzień, kiedy po prostu siadłam i podsumowałam cały rok 2017. Czy uważam go za zły? Ależ skąd. Poznałam mnóstwo wspaniałych osób (będę to powtarzać chyba za każdym razem, bo to jest dla mnie największą nagrodą 🙂 ), wykonałam tysiące zdjęć, które się komuś podobają!!! Przełamałam kilka swoich słabości, odwiedziłam nowe miejsca i przede wszystkim… realizowałam swoje marzenia. I gdzie tu logika? Nie ukrywam, okres jesieni był dla mnie bardzo ciężki…, ale staram się mimo wszystko wyciągnąć z tego pozytywną lekcję. Dotarło po prostu do mnie, że w tym co robię, muszę pamiętać też o równowadze. O wygospodarowaniu wolnego czasu dla siebie i bliskich. Odpoczynku i relaksie po to, aby mieć siłę na wszystkie inne przedsięwzięcia.

Cel na 2018 i małe-wielkie zmiany

Cel jest niezmienny- dalej fotografować uczucia naturalne 🙂 . Zdjęcia zakochanych par, przyszłych rodziców czy szczęśliwych rodzin są dla mnie naprawdę najpiękniejszą rzeczą jaką mogłam sobie wybrać w życiu. Często wracam do moich realizacji i przeglądam uśmiechy, łzy, uściski, pocałunki. Magia sama w sobie. Podjęłam również bardzo ważną decyzję, a mianowicie w roku 2018 kończę fotografować śluby i wesela. Dlaczego taka decyzja? Zależy mi na tym, aby zdjęcia jakie wykonuję były zarówno dobrym wspomnieniem dla moich klientów, jak i dla mnie. Chcąc robić dalej to co kocham, muszę znaleźć po prostu odpowiedni balans. Oczywiście dalej zostaję przy wszelkich sesjach rodzinnych, dziecięcych, narzeczeńskich itp.! Ich sobie życzę jak najwięcej, bo to cały mój świat.

I ostatnich słów kilka…

Pewnie wielu z Was zada sobie pytanie „po co ja to napisałam?”. Czy nie mam komu się wyżalać? A może próbuję kupić kogoś na „smutnego pieska”. Nic bardziej mylnego. Zależy mi na tym, aby osoby, które ze mną współpracują wiedziały przed czyim obiektywem staną. A kim jestem? Jestem po prostu młodym człowiekiem, który uczy się (jak każdy) na błędach. Jestem taka jak każdy z Was. Chcę, aby każda osoba, każda rodzina, każda para zgłaszająca się do mnie i powierzająca mi tak odpowiedzialne zadanie wiedziała o tym kim jestem i jakie mam podejście do życia… oczywiście, że uśmiechnięte! 🙂

Ściskam,
Aleksandra.

  • Adrian Goliński

    Balans w życiu… Coś czego chyba w dzisiejszych czasach najbardziej staramy się nauczyć 🙂 Siwa, świetny wpis i piękne podsumowanie. Rozwijasz się błyskawicznie, nie poddajesz się, a będzie tylko lepiej 🙂 Powodzenia!

    • asiwierska

      Dziękuję Adi!!!